wtorek, 22 lipca 2014

10 sposobów na Księcia z Bajki

  To jak, masz tam jakiegoś chłopaka w tej Szwajcarii? - To zdecydowanie jedno z najczęściej zadawanych mi pytań na temat całego mojego pobytu zagranicą. Można by pomyśleć, że będzie to coś z dziedziny szkoły, nauki albo kultury, ale jednak są to po prostu mężczyźni.
  Śmieję się, bo aktualnie temat długodystansowych związków dla mnie nie istnieje, głównie ze względu na obecny czas przejściowy. Może i się pojawiał, ale nie pisałam o tym na blogu (nie było to nic wystarczająco godnego Waszej uwagi). Jednakże teraz przeprowadzam się na drugi koniec świata, więc nie widzę powodu, by skazywać się z góry na porażkę. Tym bardziej, że moi znajomi z liceum sami pochodzą nawet nie tylko z samej Szwajcarii, lecz raczej z dosłownie całego świata.
  Jeśli mam być zupełnie szczera, w ogóle mi to nie przeszkadza. Nawet gdy widzę wszystkich wokół w związkach, myślę sobie: no i co! Czuję się niezależna, a to znaczy dla mnie wiele. Natomiast jeśli pewnego dnia zmienię zdanie, a na horyzoncie nie będzie akurat żadnego rycerza, mam pewien fantastyczny plan. W zasadzie to mój sekret, ale liczę, że się nie wygadacie. Możecie nawet z niego skorzystać, tylko cicho sza!
  Dziewczyny, oto przetestowana przez liczne księżniczki lista sposobów na to, jak spotkać swojego księcia z bajki...


1) Poproś swoją matkę chrzestną wróżkę, by wysłała Cię na bal.
2) Wyhoduj go w doniczce na kwiatki.
3) Zamknij się w wieży aż on przyjdzie, by pogromić smoka.
4) Zaopiekuj się dobrze niedźwiedziem, który przyjdzie do Twoich drzwi - kto wie, może to być magicznie zaklęty książę!
5) Wyślij swojego magicznego żółwia, aby go dla Ciebie znalazł.
6) Udawaj przekonująco, że połknęłaś gryz zatrutego jabłka i połóż się w szklanej szkatule na skraju drogi, dopóki on nadejdzie na swoim śnieżnobiałym koniu i Cię zauważy.
7) Daj się złapać złemu smokowi i czekaj, aż przyjdzie Cię wybawić z opresji.
8) Wyhoduj go sobie w magicznym jajku.
9) Znajdź jego zagubiony łuk w lesie i poczekaj, aż on przyjdzie go tam szukać.
10) Przepłyń przez ocean do jego królestwa w skrzyni żeglarza.


  PS. Powinno działać w dowolnej lokalizacji, również innej niż przedstawione powyżej widoki z mojego byłego (chlip) okna. Powodzenia!

niedziela, 20 lipca 2014

Wymarzone wakacje Aleksandry

Be a wolf.
Be a lion.
Set goals.
Smash them.
Be stronger.
Be better.
Show people who you are.
Never apologize for being awesome.
Stay positive.
Stay the course.
:)

  Kto by pomyślał, że podczas gdy zawsze marzyłam, by wakacje spędzić w jak najdalszych zakątkach świata, koniecznie nad morzem lub oceanem, teraz marzę... o szkolnej sali gimnastycznej. Tak, dobrze przeczytaliście.
  Die Turnhalle, ich vermisse dich so sehr. The Gym było moim ulubionym miejscem w Ecole, szczególnie w drugim roku w Szwajcarii. Sala ta nie należała do mojej szkoły, ale do gminy Hasliberg, w związku z czym dostęp do niej zawsze był mocno ograniczony. Nie mogliśmy do niej tak po prostu wejść - musiała być wcześniej wynajęta przez Ecole. Odbywały się tam tylko niektóre zajęcia popołudniowe, czyli słynne Nachmittagskurse. A ponieważ lubiłam wybierać dużo sportów, spędzałam tam całkiem sporo czasu.
  Dobra, jesteście gotowi? Pełna powaga.



  Chcę Wam pokazać coś takiego... wyjątkowo normalnego.



  TO jest moja taka tam szkolna sala gimnastyczna:

  ...Tu nie potrzeba słów. Chyba nie ma już wątpliwości, że nie byłabym szurnięta w swojej gotowości do oddania wakacji nad oceanem dla czegoś takiego.
  Ale tak naprawdę to, co tak naprawdę pragnę mieć z powrotem, to moje ulubione zajęcia Step Aerobics. Druga popołudniowa godzina w każdą środę była dla mnie czasem wyczekiwanym przez cały tydzień, szczególnie w zimie, kiedy jak wspomniałam przechodziłam spory kryzys i byłam w kiepskim stanie psychicznym. Ta jedna godzina z Katherine potrafiła wyleczyć mnie ze wszystkich problemów niczym jakiś magiczny eliksir. Na pamięć znałam, a z pewnością nadal pamiętam, każdą piosenkę i wszystkie ruchy, które po kolei w nich następowały. Mimo, że ostatnim razem brałam udział w Step Aerobics tylko miesiąc temu, czuję, jakby minęła wieczność. Wiecie, jak to jest, gdy odkryje się w sobie pasję do tej jednej rzeczy, której jednak nie można zatrzymać?


  Właśnie, skoro już o tym mówię, to jednym z moich największych strachów związanych ze studiami jest to, że po prostu kompletnie przestanę się ruszać. Że kiedy tylko nadejdą zajęcia, nauka, wyjścia towarzyskie i natłok szanghajskich wrażeń, nie znajdę już czasu na sport. Będzie mi to przeszkadzać jak nic innego, ale nic nie będę w stanie w związku z tym zrobić, bo będę po uszy tonąć w obowiązkach. Może to śmieszne, ale naprawdę obawiam się właśnie braku czasu na sport.
  Ale czy da się mi jakkolwiek pomóc?


  Pozdrawiam! xx

sobota, 12 lipca 2014

Przemyślenia + Spotkanie z moją NYU buddy!

  Gdzieś pomiędzy wcinaniem truskawek prosto z ogrodu na wsi u dziadków, wypełnianiem wniosków wizowych i bieganiem po lekarzach dla wypełnienia nowojorskich formularzy, rozmyślam sobie na sporo głębszych tematów. Bo nasuwają się one same. Zacznijmy od tego, że jestem teraz szczęśliwa jak diabli. Nigdy nie sądziłam, że będę w stanie robić rzeczy, które są dla mnie równoznaczne z sięganiem gwiazd, o których jeszcze niedawno nie ośmieliłabym się nawet marzyć. Ale z drugiej strony, właśnie dlatego gdy pomyślę o wizji Oli z perspektywy kogoś innego, trochę mnie to przytłacza. Bo, also ja natürlich, naprawdę wiele zmieniło się w mojej rzeczywistości przez ostatnie parę lat mimo, że zabiegana w codzienności w ogóle tego nie zauważam. I pomyślicie pewnie, że plotę banały głębokie niczym brodzik prysznica. Ale kiedy wracam do Polski, do miejsc, które ciągle są takie same, i rozmawiam z ludźmi ze swojego miasta, trafia mnie to pociskiem bombowym. (Chociażby właśnie musiałam sobie przetłumaczyć ze słownikiem słowo "rzeczywistość" z angielskiego... LOL.) Czuję się trochę jak z innej bajki na przykład słysząc te wszystkie idiotyczne hejty na homoseksualistów (to ktoś to jeszcze kwestionuje?..) Lub kiedy ludzie z moich byłych klas zastanawiają się, czy powinni pójść na studia na URZ, na polibudę, czy może aż nawet do Krakowa czy Warszawy, podczas gdy ja już od Walentynek wiem, że wyjeżdżam nad Morze Wschodniochińskie. W zasadzie takich rzeczy jest milion. *Pauza na głęboki oddech.* Podkreślam, że NIE, nie czuję się od nikogo lepsza (no może trochę od tych bezmyślnych wspomnianych wyżej wyznawców jakże wysokich wartości moralnych), ani też gorsza. Mam na myśli raczej to, że czuję się jak z innego świata i jest to dosyć nietypowe wrażenie. Po prostu mam takie dziwne uczucie, że mój punkt przyczepności trochę się przemieścił. Nie wiem, czy robię dla Was jeszcze jakikolwiek sens. O jej, jak to pięknie napisałam! ;) There you go. Tam idziesz. ..czekaj, co? Okej, już się zamykam.

  Najlepsze jest to, że nie jestem w tym kosmicznym szczęściu i lekkim zawrotem głowy całkiem sama. Wybrałam się ostatnio do Warszawy w związku ze studencką wizą chińską i udało mi się wreszcie spotkać z Karoliną! Mam nadzieję, że nie gniewa się, że zamieszczam tu jej zdjęcia, ale za każdym razem wywołują one u mnie szeroki uśmiech. Nikt nie zrozumie mnie lepiej, niż ona. Nasze otoczenia różniły się diametralnie, ale tak naprawdę były... niemalże identyczne na swój niesamowity sposób. Jak sama to ujęła: dwie stypendystki, dwie blogerki, dwie podróżniczki i przede wszyskim NYU buddies! Ostatnio widziałyśmy się ponad dwa lata temu, jeszcze zanim ja wyjechałam do Szwajcarii, a ona do Indii (link do bloga). Teraz Karola wybiera się na NYU Abu Dhabi, więc choć będzie nas dzielił kawał świata, i tak będziemy studiować zbliżone kierunki na jednej uczelni i kto wie, na którym kontynencie czeka nas następne spotkanie. I mam nadzieję, że będzie to jak najszybciej, bo nie mogłyśmy się nagadać. <3



Pozdrawiam i dziękuję wszystkim za każdy przeczytany post i każdy komentarz.
Ola

PS. Dostałam 5 z AP German i jestem "extremely well qualified", like a boss. ^^