czwartek, 18 grudnia 2014

Atak w Pakistanie

...niestety nie będzie tego roku "White Christmas," bo przewidywane są opady maksymalnie trzech centymetrów śniegu...
...na podlasiu zderzyły się dwie osobówki...
...telewizja wyemituje tego roku program o gwiazdach skaczących do wody, czego to nie wymyślą...
...w tym roku bakalie drożeją na święta, makowca nie będzie...
...a w Pakistanie w ataku terrorystycznym Talibanu na szkołę podstawową zginęły 142 osoby, głównie dzieci.
  Wydaje nam się, że jest to kraina gdzieś na końcu świata. Takie surrealistyczne miejsce na mapie, którego nie znamy nawet stolicy. A tragedia z wtorku, 16. grudnia to kolejny abstrakcyjny atak dokonany przez "Muzułmanów, tych terrorystów," bo przecież do tego właśnie wzywa Koran...

  Spójrzmy prawdzie w oczy - dokładnie tak myślimy. Wydaje nam się, że ta tragedia (jak wszystkie inne) w ogóle nas nie dotyczy, że takie rzeczy dzieją się tylko gdzieś bardzo daleko, a nas chroni szczelna bańka mydlana. Nie bez powodu jedna z największych polskich radiostacji, której zdarzyło mi się słuchać z tęsknoty za świątecznymi piosenkami, uwzględniła ten atak na szarym końcu wiadomości, po kompletnie absurdalnych pozycjach.
  Też w pewien sposób myślałam, że żyję przecież w innym świecie, aż do teraz. Przede wszystkim trudno o bardziej międzynarodowe społeczeństwo niż mam teraz, studiując na NYU Shanghai. Co więcej, choć mam bliskich znajomych z całego świata, grono moich najlepszych przyjaciół pochodzi właśnie z Pakistanu. Lecz w obliczu ostatnich wydarzeń nagle odkryłam, jak atak terrorystyczny może być prawdziwy. Przede wszystkim dlatego, że moi przyjaciele stracili nie tylko rodaków, ale i... bliskich. Pochodzą bowiem z Lahore, miasta, gdzie odbyła się wtorkowa masakra dokonana przez Taliban. A podczas, gdy serca najbliższych mi tutaj osób zostały złamane, łamie się także i moje.
  Dziś po zakończeniu ostatniego egzaminu tego semestru studenci i profesorowie dobrowolnie spotkali się po to, by zaświecić świece i trzymając się za ręce, pobyć razem w ciszy. Nie potrafiłam powstrzymać łez na słowa U., że sam przez dziesięć lat z dumą nosił mundurek tej szkoły, Army Public School. To samo dotyczy A., który wyznał też, że to, kim dzisiaj jest, w co wierzy i że może stać tam z nami, zawdzięcza w całości Army Public School. Łamiącym głosem opowiedział też o tym, jak umarła część niego, gdy czytając wiadomości w internecie trafił na zdjęcie zalanego krwią pana X, trzymającego w ramionach dwójkę dzieci. Strażnika szkoły, z którym widział się każdego dnia przez te dziesięć lat, i który podwiózł go raz do domu, gdy jako małemu chłopcu uciekł mu autobus. A. nie chciał nawet wspomnieć, że nie potrafił uczyć się do końcowych egzaminów, bo rozmawiał przez telefon z płaczącą rodziną.

  To jest rzeczywistość. 142 dzieci straciło życie w ataku terrorystycznym ludzi, którzy śmią rozgłaszać ich religię jako motywację. Ale to nie jest Islam. Islam jest miłością, religią wzywającą do takich samych uczynków i wartości, jak Chrześcijaństwo.
I wish my Islam allowed me to kill people too. I would not spare any of those terrorists who killed my 142 younger brothers and sisters. But unfortunately, that's not my Islam. 

My Islam tells me that I will not be spared on the day of judgement if I violate any human being's right (regardless of his/her religion). My God tells me that he can forgive me if I go against his orders but I will not be spared if i hurt any human being's feelings. 

I have no idea what Islam these asshole terrorists talk of.
 - Jeden ze statusów na facebooku U., z którym spacery i rozmowy do piątej rano mogłyby się nie kończyć, który najlepiej na świecie imituje indyjski akcent, i którego pożyczoną w sierpniu bluzę ciągle mam przy sobie.

środa, 17 grudnia 2014

Koreańskie momenty #1

 Na początek pragnę przedstawić naszą drużynę czterech przystojnych muszkieterów. Na górnych zdjęciach od lewej jest Ola z Warszawy (tak!), ja, Alina z Uzbekistanu i Rosji oraz Alua z Kazachstanu. Superwomen, które postanowiły razem podbić Seul, wiec spakowawszy tobołek, tak też uczyniły. Szczerze, nawet nie wiem jak to się stało - cała ta nasza podróż. Niby wiedziałam, że studenci NYUSH korzystają z przerw w nauce, zwiedzając Chiny i inne części Azji. Wiedziałam też, że zawsze będę pierwsza do wyjazdu, jednak... ja do Korei? Miejsca, które mogło sobie istnieć na mapie czy w wiadomościach w telewizji, ale żeby w rzeczywistości tam pojechać?
Tym sposobem marzenia zmieniają się w rzeczywistość
Jedno ze stoisk w pewnym gigantycznym markecie ulicznym. Był już późny wieczór i wydawałoby się, że takie uliczne stoiska zamykają się wcześnie za dnia, ale tam pomimo chodzenia dobrych paru godzin nie zdołałyśmy ogarnąć całości. Ale nie miałam nic przeciwko nawet niskiej temperaturze, mogąc przyglądać się sprzedawanym cudom i cudeńkom, jak i tamtejszym ludziom żyjącym swoją codzienną rutyną, która dla mnie wcale nie była taka codzienna
Tak. To jest rzeczywistość
Zachwyca mnie koreańska architektura, Obok tej ogromnej nowoczesności tkwiącej w bardzo małych powierzchniowo budynkach kultywowana jest także tradycja. Nigdy chyba jeszcze nie widziałam tylu tak nowoczesnych domów mieszkalnych obok siebie, chociaż często zakamuflowanych w podobny sposób. Ta kreatywność to właśnie to, co mnie zachwyca. Nie wspominając już o tym pięknym widoku na góry, które przypomniały mi moją Szwajcarię
Och, jak tęskniłam za jesienią! Cała ta pora roku mnie ominęła, bo w Szanghaju jesieni się wcale nie zauważa pomimo jej obecności w klimacie. Raczej chodzi minimalną liczbę drzew, które zrzucałyby liście, nie mówiąc już o ich pięknych barwach. Tak czy siak nie poleżałyby sobie na chodnikach, które są dokładnie czyszczone każdego dnia. Dlatego w Seulu nie mogłam się nacieszyć tą piękną, złocisto-czerwoną, aż chciałoby się powiedzieć polską jesienią
Ola, królowa selfie #nowageneracja
Niekończące się maleńkie, klimatyczne sklepiki w stylu vintage z ręcznie robioną biżuterią czy dodatkami
Persimony rosnące na drzewach nikogo nie dziwią. A ja zobaczyłam je w naturze po raz pierwszy
Nasze nowe psiapsióły w tradycyjnych koreańskich strojach ludowych
Nie muszę chyba dodawać, do jakiego stopnia na TAKI widok odebrało mi mowę?..
Myślałam tylko, że nie, takie świątynie istnieją tylko w bajkach i ewentualnie zdjęciach z jakiegoś podręcznika. Chyba mogę określić to tak, że doznałam kulturowego szoku
Spontaniczna wizyta w muzeum dżinsu
Nawiązujemy międzynarodowe przyjaźnie. Kolor skóry nie ma znaczenia nawet w tym przypadku!
Przyszedł mi na myśl skansen w Sanoku, a mając przy sobie Olę miałam komu o tym powiedzieć, a ona zrozumiała :) Takie właśnie są radości wynikające z bycia ramię w ramię z drugą Polką!
Przepraszam, ale muszę tylko powiedzieć, że ja tam naprawdę byłam i widziałam.
omg
Pozdrawiamy!

wtorek, 16 grudnia 2014

Pierwszy semestr studiów

Jeśli masz problemy z matematyką, nie przejmuj się. Zapewniam cię, że moje są jeszcze większe.
 - Albert Einstein 
  Cytat ten natychmiast mnie rozweselił. Jakże jest adekwatny po wczorajszym trzygodzinnym egzaminie końcowym z matematyki, wraz z kolejnym z chińskiego, który z kolei rozpoczął się... o dziewiętnastej. Finals to zresztą powód, dla którego dawno mnie tu nie było. Zawsze znalazł się jakiś kolosalny esej do napisania bądź temat do nauczenia. Szczerze mówiąc, na weekend człowiek cieszył się już najmniej, bo ten z kolei oznaczał jeszcze więcej pracy, niż w tygodniu.
  Ale mimo to ja jestem ostatnią osobą, która narzekałaby na nadmiar nauki. Choć według mnie całe doświadczenie jest jeszcze ważniejsze, studia to przede wszystkim mnóstwo pracy. Dlatego chociaż przeklinam niekończący się referat z Warsztatu Pisania z Globalnych Perspektyw na Społeczeństwo, śmieję się, że teraz sama mogłabym udzielać wykładów z różnic w postrzeganiu stosunków i obowiązków dzieci do rodziców i ich motywacji między Konfucjanizmem realistycznym a nowożytnymi pisarzami i ekonomistami w Stanach Zjednoczonych. Jak i ten kolos z Historii Chińskiego Kina, dzięki któremu jednak teraz nie ma chyba większego eksperta w temacie wpływu relacji polityczno-ekonomicznych dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym Tajwanie i Hongkongu na postrzeganie męskości w twórczości reżyserów King Hu i Zhang Che, porównawczo. :)
  Poza tym wierzę głęboko, że jak powiedział James Cameron, "jeśli ustawisz sobie poprzeczkę absurdalnie wysoko, to nawet jeśli zdarzy ci się odnieść porażkę, i tak będzie ona wysoko ponad sukcesem innych." Czasem trzeba po prostu zagryźć zęby i usiąść nad tą gramatyką czy pismem chińskim na kilka godzin, żeby tylko. A kiedy mózg przestaje współpracować, wpadam na przykład do kochanego Hamzy z Pakistanu albo Ewy z Koszalina, i świat od razu jest bardziej lepszejszy. Ewentualnie jadę metrem do swoich ulubionych miejsc, by pooddychać Chinami. I może jeszcze zjeść na obiad jakąś pyszną zupę bokchoyowo - wodorostową z tofu.

  Przez to całe zabieganie z sesją semestralną nie zrelacjonowałam nawet podróży do Korei (o! tak na marginesie przeżyłam starcie z Koreą Północną! jeśli jeszcze ktoś nie zauważył). Mam tonę zdjęć i nie zawaham się ich użyć celem zbombardowania bloga. Dlatego proszę się przygotować na nawet i codzienne posty, przynajmniej teraz, podczas przerwy zimowej. Tak naprawdę został mi jeszcze jeden duży egzamin do napisania, ale akurat na niego mam wystarczająco czasu. Natomiast do domu wracam za zaledwie... TRZY DNI.
  Jeśli wiem coś na pewno to to, że tegoroczne święta będą cudowniejsze, niż kiedykolwiek do tej pory.

Kawa z pastą ze słodkich ziemniaków w Seulu