czwartek, 30 października 2014

Vintage Szanghaj

Do tej pory wiele razy mówiłam o tym, jak bardzo lubię odwiedzać różne atrakcje miasta takie jak choćby Bund, People's Square czy Ogrody Yu... ale będąc w tak ogromnym i różnorodnym mieście jak Szanghaj po prostu nie da się wybrać tego jedynego. Jednym z najfajniejszych aspektów mieszkania w Szanghaju jest właśnie to, że każde miejsce, które odwiedzisz, stwierdzić, jest twoim nowym ulubionym i przemawia do ciebie najbardziej. W sobotę wraz z całkiem sporą studentów odkryłam jedno z nich.

Duolun Road (多伦路) to jedno z najbardziej romantycznych miejsc, jakie do tej pory miałam okazję odkryć. Ta historyczna ulica reprezentuje dwudziestowieczną architekturę i gromadzi byłe rezydencje multum sławnych pisarzy, poetów, artystów oraz liderów politycznych i militarnych, dzięki czemu ma sławę tętniącego życiem centrum literatury i myśli. Na jej wygląd miała wpływ zarówno wojna sino-japońska z 1943, jak i chociażby brytyjskie misjonarstwo, dzięki czemu architektura jest wyjątkową mieszanką azjatyckiej, chińskiej i nie tylko, z zachodnią. Ponieważ zagłębiliśmy się też w pobliskie retro ulice i aleje, byłam zdumiona różnorodnością zaklętą na stosunkowo małym obszarze. Dzięki temu, że byli między nami studenci pochodzący z miasta, i to bardzo dobrze zapoznani z tą jego częścią, po zmroku zagłębiliśmy się też w maleńkie uliczki mieszkalne, co byłoby chyba przerażające w pojedynkę. Szanghaj jest jednak paradoksalnie jednym z najbezpieczniejszych miast świata. Amerykanie żartowali, że na takiej dzielni w USA bylibyśmy już gone. Co więcej, był z nami kolega który o historii wie chyba wszystko, więc nie dość, że dobrze się bawiłam, to jeszcze wiele dowiedziałam o Chinach i swoim mieście.
Na koniec zjedliśmy w restauracji xiaolongbao, pierogi z wołowiną i zupą w środku, które kosztowały... 4 złote. Było ich sześć i były pyszne! Szkoda, że na co dzień mieszkamy w dzielnicy bankowej, gdzie wszystko jest znacznie droższe i nic się nie dzieje.
To był świetny dzień :)


















wtorek, 28 października 2014

Znalazłam Narnię


Generalnie całkiem sobie daję radę, ale czasem bywam też ofiarą losu. Wczoraj na przykład korzystałam z bankomatu i wtedy widziałam moją chińską kartę bankową po raz ostatni. Zanim ktoś cokolwiek powie, bankomaty są po chińsku, więc mimo wszystko chyba nie jest ze mną tak najgorzej, że regularnie z nich korzystam. W każdym razie jest już po strachu - wybrałam się rano do banku, co też potwierdziło moje przypuszczenia, iż podczas tych kilku sekund gdy szukałam portfela w plecaku, bankomat moją kartę... wziął i pożarł. Tutejsze bankomaty bowiem mają do tego spore tendencje i nie ma tygodnia, żebym nie słyszałam czyichś płaczów, że zgubił kartę do banku. Zatem ja swoją będę mogła odebrać bez problemu już za parę dni. Niemniej jednak doświadczenie to utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że nie mogłabym nawet marzyć o bardziej kochających i emocjonalnie wspierających współlokatorkach, oraz że skoro radzę sobie z biurokracją po chińsku, to serio niezła ze mnie szycha, haha.

Z tego szczęścia postanowiłam przejść się trochę po okolicy, gdyż w przeciwieństwie do Polski dzisiejsza temperatura to nie -3 stopnie, HAHAHA, tylko piękne słońce oraz +26, HAHAHAHAHA. Nawet zanieczyszczenia powietrza mają dzisiaj wakacje i postanowiły zniknąć, dosłownie.
Idąc zatem przed siebie, po pięciu minutach znalazłam katolicki kościół. Do tej pory zarówno ja, jak i inni zainteresowani studenci, myślałam że jedyną opcją jest taksówka na drugi koniec dzielnicy, na chińską miarę wielkości dzielnicy. Tylko, że tamten jest chociaż po angielsku. Ten niestety nie, ale wielce ucieszyło mnie to, że nie miałam problemu ze zrozumieniem rozkładu mszy - i nie miałabym go nawet, gdyby cyfry arabskie zastąpiono chińskimi znakami. :)
W każdym razie, kościół ten wyglądał jak salka konferencyjna z biurowymi krzesłami. W środku zastałam trzy modlące się Chinki, które niemniej jednak wrzeszczały na całe gardło, przez co czułam się dosyć niekomfortowo. Zwłaszcza, że po chwili podeszły i po prostu rozradowane zaczęły mi robić zdjęcia.

Ponieważ miałam jeszcze sporo czasu do następnego wykładu, w tej pięknej letniej pogodzie eksplorowałam dalej. I idąc tak przed siebie, a właściwie pakując się w coraz mniejsze ulice, kilku minutach nagle znalazłam się... w najpiękniejszym parku, jaki widziałam od nie wiem kiedy. Nie mogłam się napatrzeć na te cudne drewniane mostki, ławki, piękne jesienne drzewa obok tych tropikalnych, stawiki i kwiaty. Chociaż takie widoki nie zrobią wrażenia na Polaku, miejcie na względzie, że ja mieszkam w gigantycznej betonowej dżungli, i to nowoczesnej, finansowej dzielnicy metropolii.
Parę kroków dalej znalazłam większy most, a na każdym rogu po kilka niewielkich stoisk ulicznych kucharzy. Zdecydowałam, że muszę czegoś spróbować, w końcu to mój szczęśliwy dzień! Przede wszystkim tak naprawdę nie jest łatwo wydedukować, co można przy takim stoisku kupić, ponieważ jedzenie w oczach zachodniej osoby nie jest "normalne", a naturalnie nikt nie zna słowa po angielsku. Kupiłam więc od roześmianej pani ogromny omlet wypełniony chyba z pół kilo smażonych piklowanych warzyw, grzybków i orzeszków. Świetnie było stać obok niej, nie za ladą, i patrzeć jak rozlewa ciasto, rozbija jajka na patelni i pichci mój naleśnik oraz nadzienie. Zapłaciłam... dwa złote.
Ciężko uwierzyć, że nie ma się pojęcia o istnieniu takich miejsc! Mogłabym przysiąc, że wyszłam tylko z uniwersytetu do banku, cała zdołowana i kompletnie wykończona po nieprzespanej nocy. Na koniec powiem jedno: trzeba chcieć. Trzeba chcieć szukać, podróżować, uczyć się, próbować, odkrywać. Życie jest zdecydowanie za krótkie, by marnować jakiekolwiek okazje.

czwartek, 23 października 2014

Owoce, miłości moja

你好,
现在我的中文不错。I właściwie mogłabym chyba cały post napisać po chińsku, ale to pewnie nie najlepszy pomysł. Ilość chińskiego, jaką mój uniwersytet gwarantuje jak w banku, nie przestaje mnie zdumiewać. Ale to dobrze :)

Zauważyłam, że moja częstotliwość pisania notorycznie się zmienia, ale co mi tam. Mam coś fajnego do pokazania, a mianowicie OWOCE! To zawsze była moja największa miłość, więc różnorodność dostępna w Państwie Środka powoduje, że oczy mi się tylko świecą, i muszę spróbować wszystkich! Tu na zdjęciu mam na przykład:
- granat. Coś pięknego. Pyszności. Następnym razem koniecznie pokażę go od środka
- czerwone maleńkie coś, co ma teksturę jabłka, z tym że z twardszą i bardziej szorstką łupinką, a w środku jest jak jabłko rozpływające się w ustach. W smaku plasuje się pomiędzy jabłkiem a cytryną, a pestki także ma jak cytryna
- spłaszczony, bardziej kwadratowy persimon
- jabłko - gruszka azjatycka
- maleńkie mandarynki! Zbliżenie na zdjęciu poniżej
- gruszka azjatycka
- inny rodzaj gruszko - jabłka azjatyckiego. Mają tutaj naprawdę wiele rodzajów gruszek
- żółta mandarynka
- miniaturowe jabłko - śliwki, o których już pisałam; czerwone i zielona
- zielona mandarynka.
Brakuje tutaj głównie persimona i czerwonych mini bananów, jak i pewnie innych starfruitów i liczi. Wtedy obraz szczęścia byłby kompletny.

Najlepsze jest to, że żaden z nich nie jest dostępny w Polsce. <3