czwartek, 11 września 2014

Koncesja Francuska

Ze względu na to, że dzięki Mid-Autumn Festival miniony weekend był długim weekendem, wraz z paczką postanowiliśmy zrobić coś fajnego i pójść pozwiedzać. Na pewno będziemy to robić jak najczęściej w różnych miejscach, ale tym razem wybraliśmy słynną Koncesję Francuską. Znaleźliśmy zatem wytyczne dojazdu metrem i ruszyliśmy podbijać miasto.
Szanghajska French Concession była działającą koncesją zagraniczną od 1849 do 1946, czyli przez prawie sto lat. Koncesja to zezwolenie władz administracyjnych na prowadzenie określonej działalności zagranicznej, ustępstwo na czyjąś korzyść, więc ci bardziej zaznajomieni z historią Chin wiedzą, dlaczego to takie niezwykłe. W XX wieku miejsce to było nie tylko ścisłym centrum bogactwa i handlu zagranicznego miasta, ale i katolicyzmu. Okolica zmieniła się w ostatnich czasach,  ale nadal słynie z tego, że wygląda bardzo europejsko. Architektura tak bardzo ucieszyła moje oko, bo czułam się prawie jak w domu - ale i nie zrozumcie mnie źle, za bardzo to mi się nie tęskni ;) Podobnie jak i Selma, przyjaciółka z Bośni i pewnie najbliższa mi osoba tu w NYU. Chociaż i tak wszędzie było widać Chiny, znajomy akcent Europy był bardzo wyraźny. Mieszkam w Chinach dopiero od trzech tygodni, ale interesująco było się znaleźć niemal na starym kontynencie.

WILL SMITH! Może nie? 

Rozłożyste drzewa przy ulicach posadzone tak gęsto to kompletna rzadkość w innych dzielnicach Szanghaju.

Witryny takie jak powyżej, które my uznalibyśmy za 'normalne', są tutaj niespotykane. Dlatego Francuska Koncesja tak bardzo się wyróżnia.

Kochane mordki raczące się zachodnią kawą: Selma, ja, Haider i Zeerak

Droga lecz piękna francuska piekarnia. Nie mogliśmy się oprzeć wejść do środka. Przez chińskie znaki oczywiście nadal widać, gdzie się znajduje, ale same wypieki w europejskim stylu, chleb i ciasta, tutaj są praktycznie nie do spotkania.

Przed wejściem do francuskiej willi, której jednak zdjęcie nie pokazuje xD

wtorek, 9 września 2014

Święto Środka Jesieni

Szczęśliwego wczorajszego Święta Środka Jesieni!
Mid-Autumn Festival jest jednym z najważniejszych świąt w kalendarzu chińskim. Ten oficjalny festiwal zbiorów obchodzony jest piętnastego dnia ósmego miesiąca roku, oczywiście tego chińskiego, stąd we wrześniu. Obchodzony jest on nie tylko tutaj, ale również w Korei, Tajwanie, Japonii i Wietnamie. Święto to wywodzi się z kultu księżyca i jego bogini Chang'e, stąd też w ramach upamiętnienia je się mooncakes, ciasa księżycowe wypełnione na przykład mięsem lub jajkiem i słodką pastą z korzenia i pestek lotosu (mniam).

I faktycznie, wczoraj była pełnia księżyca. Mieliśmy dzień wolny od zajęć, choć i tak musieliśmy zawczasu odrobić jeden wykład. Spędziłam czas w większości na nauce, ale wieczorem miałam okazję przeżyć coś absolutnie wspaniałego - rodzice Cindy, jednej z moich współlokatorek, zaprosili nas na kolację do własnego domu. Przede wszystkim byłam bardzo zaszczycona zaproszeniem i szczęśliwa, że jej rodzice tak bardzo się postarali i chcieli mnie poznać. Byli tacy kochani! Umarłam z ilości jedzenia, ale co tam. Domowe dania, między innymi nogi kraba, zupa z kaczki i bambusa, krewetki z sosem sojowym, wołowina z przysmażanym tofu, sok kokosowy czy surowy łosoś z wasabi smakowały wyśmienicie, bo je się wszystkiego po troszkę. Ale równie wspaniała była atmosfera. Uczyłam się chińskiego i lokalnych tradycji, dowiedziałam wiele o ich rodzinie i tradycjach... i byli dla mnie tacy ciepli. Chcieli żebym ich nazywała āyí i shūshu, ciocia i wujek. Naprawdę pozwolili mi się poczuć częścią rodziny Hu. Jestem ogromnie wdzięczna za to, że mogłam po raz pierwszy doświadczyć prawdziwego chińskiego domu!
Na koniec wieczoru usiedliśmy w salonie przy zielonej herbacie parzonej tradycyjnie w miniaturowych filiżankach. Pokazali mi nawet przepiękny festiwal środka jesieni w telewizji. Śpiewane piosenki o księżycu i miłości były cudowne, jak i tańce i stroje. Najbardziej podobało mi się to, jak w pewnym momencie usłyszałam Let It Go z filmu Frozen po angielsku śpiewane przez kilkulatki! Były to dzieci popularnych chińskich aktorów i kompletnie się w nich zakochałam.



Rodzinne selfie!

Na koniec jeśli jesteście zainteresowani, oto legenda tego święta. Dawno temu żył sobie Hou Yi, który był świetnym łucznikiem. Jeszcze wtedy istniało dziesięć słońc, nie tylko jedno. Każdego dnia na niebie pojawiało się jedno z nich, jednak pewnego dnia pojawiły się w komplecie. Rośliny usychały w mgnieniu oka, a rzeki i jeziora zaczynały wyparowywać. Hou Yi wspiął się więc na szczyt góry Kunlun (skąd jest już bardzo blisko do nieba), wydobył łuk i... zestrzelił dziewięć słońc. Na niebie pozostało tylko to, które znamy my, współcześni.
Królowa Matka Zachodu (jedna z najważniejszych postaci wśród chińskich bogów), w podzięce za uratowanie ludzkości, podarowała mu wówczas eliksir nieśmiertelności. Ostrzegła jednak: "Zanim zażyjesz eliksir, musisz pościć i modlić się przez cały rok".
Hou Yi wrócił szczęśliwie do domu, do swej ukochanej żony Chang'e. Jego łucznicza sława rozprzestrzeniła się szeroko. Ale któregoś dnia gdy Hou Yi wybrał się na polowanie, jeden z jego uczniów - Peng Meng - dowiedziawszy się wcześniej o eliksirze nieśmiertelności, zapragnął go zdobyć. Wszedł do domu mistrza i usiłował zmusić jego żonę do wydania mu eliksiru. Chang'e - widząc, ze sobie nie poradzi z przeciwnikiem - szybko połknęła eliksir.
W chwilę po tym Hou Yi wrócił z polowania, a jego żona unosiła się nad ziemią! Tak zadziałał eliksir na nieprzygotowaną modlitwą i postem osobę. Ulatywała ona coraz wyżej, aż wylądowała na księżycu. Działo się to 15 dnia 8 miesiąca księżycowego. Od tej pory w tę noc - a jest to noc pełni - księżyc zawsze świeci wyjątkowo jasno.