poniedziałek, 16 lutego 2015

Tęsknię

Tęsknię za Szwajcarią.


  Bardzo. Tak bardzo chciałabym znów codziennie otwierać okno na Alpy. W ogóle otwierać okno, bo tu w Szanghaju prędzej przestałabym oddychać. Chciałabym wyjść na zewnątrz i zachłysnąć się górskim powietrzem, słońcem, przestrzenią, wolnością, pięknem. Wspiąć się na górę, pójść pobiegać w jedną z tras, których opcje się nie kończą, przespacerować się wśród lasów, zamoczyć stopy w niebieskim jeziorze, napić się Rivelli, posiedzieć i pośmiać się na Platzu z przyjaciółmi, a potem jeszcze raz zachłysnąć się alpejskim pięknem. Pojeździć na nartach. Niczego więcej mi teraz nie potrzeba. Tak wiele bym oddała za choć tydzień w Hasliberg Goldern. W domu.
  Pewnie, że jestem szczęśliwa tu w Chinach. Nie da się nawet opisać, jak bardzo. Szanghaj to spełnienie moich marzeń. Ale cholera, tęsknię za naturą, przestrzenią, za Szwajcarią. Gdzie cały kraj ma 8 milionów mieszkańców, a nie 24 w jednym mieście. Wszystko, co tu mam, to wielkie miasto, które choć kocham do granic możliwości, jest tylko wielką betonową dżunglą.
  Mówiąc krótko, popadłam ze skrajności w skrajność. Spędziłam dwa, powiedziałabym najważniejsze lata swojego życia w istnym raju na ziemi, gdzie populacja równała się kilkunastu osobom na kilometr kwadratowy. Teraz jestem w jednym z najludniejszych miast gigantów świata, w którym jestem przedstawicielką maleńkiego odsetka tych "innych," nie Azjatów, zatem idąc gdziekolwiek przyciągam - dosłownie - miliony ciekawskich spojrzeń. I mogę uwielbiać Szanghaj takim, jakim jest, ale jestem żywym człowiekiem ze wspomnieniami i uczuciami i tak ogromna zmiana nagła jak za pstryknięciem palców nie zmieni tego, kim jestem.

czwartek, 12 lutego 2015

Trochę dużo chyba

Poświęcenie = kiedy wszyscy twoi znajomi wychodzą na miasto z okazji urodzin twojego bardzo dobrego kolegi, a ty nie, ponieważ:
  • Przede wszystkim jesteś w pracy na siłowni późnym wieczorem
  • Zmianę zaczęłaś z marszu ze stażu w konsulacie, gdzie przez kilka dobrych godzin miałaś ręce pełne roboty
  • Do konsulatu pojechałaś prosto po zajęciach
  • W nocy ledwo spałaś, bo się uczyłaś, choć dokładnie to samo robiłaś przez cały dzień
  • Wstałaś dziś rano o 5.30, żeby się uczyć, po czym wyszłaś z domu o 7.30... i być może wrócisz przed północą
  • W przeciwieństwie do innych nie zaczynasz jeszcze weekendu, bo masz jutro kilka zajęć (recitations), a musisz na nie jeszcze dokończyć projekty, których do końca nie zdążyłaś pojąć
  • Nie miałaś prawa dokończyć ich wcześniej, bo uczysz się nawet zgnieciona w metrze w drodze na staż
  • Do tego masz jutro deadline na refleksyno-dziękczynny list do dziekanów na min. 5 stron na temat swojego doświadczenia z wolontariatu w New Delhi oraz problemów tamtejszego społeczeństwa oraz jak je rozwiązać, z użyciem naukowych źródeł w formacie MLA
  • Jutro masz też deadline na esej z warsztatu literackiego z globalnych perspektyw na społeczeństwo o dyskryminacji kobiet.
Ale i tak jestem dzisiaj wyjątkowo zadowolona, bo jeszcze tylko jutro i mam cały tydzień wolnego z okazji Chińskiego Nowego Roku. :) Jest ono dla Chińczyków dokładnie tak ważnym świętem, jak nasze Boże Narodzenie.
Co więcej, dzisiaj jest Tłusty Czwartek i po raz pierwszy w mojej karierze zagranicznej w tym dniu ZJADŁAM PĄCZKA. Konsulat robił je w jakiejś cukierni na specjalne zamówienie, bo wiadomo, że nigdzie na świecie poza Polską i Niemcami się takich nie produkuje. Pączki, Berliner, nie żadne tam donuts. Sam Tłusty Czwartek jest wyłącznie polską tradycją.
Kompletnie nie smakował jak nasz, i był generalnie kiepski, ale co tam.

środa, 11 lutego 2015

Indie kulinarnie

Wiele, WIELE bym dała, żeby znowu spróbować autentycznego domowego indyjskiego jedzenia, jak jeszcze trzy tygodnie temu. Dzisiaj na obiad. Albo teraz natychmiast. Kiedykolwiek. Przysięgam, że nigdy nie jadłam niczego lepszego, niż właśnie to. Uznałam zatem, że choć nie mogę podzielić się smakiem, to przynajmniej podzielę się entuzjazmem i obrazem. Niektóre zdjęcia są moje, a niektóre tradycyjnie Zhang Zhen.
Smacznego!

Biryani to danie złożone ze smażonego lub zapiekanego ryżu wymieszanego z przyprawami, warzywami i/lub mięsem. Ze względu na jego pikantność, często podaje się je z jogurtem naturalnym. Natomiast zielony sos to bardzo ostry chutney z mięty i kolendry.

Paneer to świeży ser popularny w kuchni całej Azji Południowej. Jest to nietopiący się biały ser zrobiony ze zsiadłego mleka z dodatkami soku cytrynowego i octu. Choć to naprawdę duże stwierdzenie, paneer jest chyba najpyszniejszą potrawą, jakiej próbowałam w New Delhi. Rozpływające się w buzi słone szczęście.
Czerwone i białe plastry warzywa to nic innego jak rzodkiew. Występuje tu ona w podłużnych odmianach i nie jest tak gorzka, jak polska.
Roti, czyli płaski krążek, to pewna forma naleśnika, która jest jednak znacznie bardziej sucha, mączna. To podobny wyrób do niezwykle popularnego na całym świecie chleba naan, który ma całe mnóstwo rodzajów w różnych regionach.

Nasz kucharz krojący świeże warzywa - czerwone i białe "marchewki" to lokalne rzodkiewki. Uwielbiam to zdjęcie. Naprawdę, choć brakowało nam w home base na przykład bieżącej wody, co jak co ale domowe jedzenie było sześcio... nie, stugwiazdkowe.

W miseczce po lewej stronie kusi dal, czyli sos-zupa z soczewicy. Uwielbiam soczewicę. Biała potrawa w miseczce po prawej stronie talerza to indyjska wersja ryżu na mleku, który jest jednak znacznie bardziej delikatny od polskiego. Jest też bardziej płynny i ma smak wanilii. A na ryżu znajduje się smażona kapusta z groszkiem z przyprawami masala, czyli typowo indyjską mieszanką chilli, curry, czosnku, ziół prowansalskich, soli i innych.

Murgh makhani albo butter chicken, czyli danie bardzo klasyczne. Jest to kurczak marynowany w jogurcie i przyprawach: masala, imbir, cytryna lub limonka, pasta czosnkowa, papryka, kminek, chilli, kolendra i kurkuma. Pycha.

Uliczna lemoniada, która niesamowicie mnie kusiła, ale której spróbować nie mogliśmy ze względu na inną florę bakteryjną i generalny brak higieny w Indiach. Nikt nie miał ochotę spędzić resztę pobytu, wisząc nad toaletą i na szczęście udało nam się tego uniknąć. Ale te świeże granaty i limonki...

Chiński fast food na wynos! Oczywiście nas Chińczyków zafascynował i musieliśmy sprawdzić, co oferują.

Kolejne uliczne z jedzeniem, tym razem bardziej tradycyjnym. Mimo wszystko nie próbowaliśmy go ze względu na zbyt krótki pobyt w Indiach vs. brak higieny.

Typowy indyjski supermarket, ze wszystkim :) Kocham odwiedzać takie miejsca, bo przyglądanie się codziennym zakupom jak nic pokazuje lokalną kulturę. Zobaczcie, ile w nim różnorakich przypraw!

Totalny hit - Rim Zim. Jest to popularny napój gazowany w Indiach, typu coca cola czy sprite. Chciałoby się powiedzieć, że słodki napój gazowany, ale... nie. Nie był on tylko słodzony, ale i mocno solony oraz przyprawiany czili, masalą i Bóg wie czym jeszcze. Słowem, kompletny odjazd. Mieliśmy świetny ubaw, ale nikt nie chciał wypić więcej niż łyk.

Bardziej zachodnio - makaron. Lecz nawet w niby typowym sosie pomidorowym czuć było wpływ indyjskich przypraw.

Sos z soczewicy i ziemniaków przyrządzony na słono i ostro. Niebo w gębie, ale co ja się będę powtarzać.

Obok opisanego już przeze mnie butter chicken znajduje się tu również jego wegetariańska wersja, czyli bardziej wilgotny falafel. Indie to raj dla wegetarian, wegan, muzułmanów, i tych o każdej możliwej diecie ze względu na wszystkie religie ze sobą tu koegzystujące.

Na koniec uliczne jedzenie, które było nam tak silnie odradzane. Nie ja osobiście, ale jak widać niektórzy próbowali, a nawet jeszcze żyją :)