środa, 14 października 2015

Ciągle się uczę, ale czasem jest miło

Siedzę właśnie w common roomie, czyli wspólnym pokoju, który znajduje się na każdym piętrze akademika. Od paru godzin uczę się ekonomii, zresztą wpadając w panikę, bo ważne egzaminy śródroczne już za kilka dni, a to zadanie domowe jest jak z kosmosu. Denerwuję się, bo całe dnie spędzam na chińskim, a to nawet nie ma nic wspólnego z moim kierunkiem. Bądźmy szczerzy, nie miałam pojęcia, że wymaganie językowe na jakiejkolwiek uczelni może zabierać więcej czasu i energii niż jakikolwiek inny przedmiot. W pewnym momencie słyszę pukanie do drzwi. Otwiera je moja sąsiadka z piętra, wręcza mi duże i pachnące jabłko, szeroko się uśmiecha... i wychodzi.
:)
Podobna sytuacja zdarzyła mi w poniedziałek rano, kiedy to spóźniłam się na 校车 - autobus szkolny (?), który dowozi nas na uniwersytet. O tej porze odjeżdża ich pięć, ale że byłam spóźniona aż o dziesięć minut, poddałam się i poszłam prosto do metra. (Tu muszę zaznaczyć, że zapewne nie wiecie co znaczy szanghajskie metro w godzinach szczytu. Drzwi się otwierają, a ludzie w środku są dosłownie zmiażdżeni, ciało do ciała bez żadnego odstępu, i nie ma szans, żeby ktokolwiek wszedł do środka.) Stoję tak zatem na przejściu dla pieszych, odwracam się... a tu autobus szkolny zatrzymuje się na chodniku, a kierowca pokazuje gestem, żebym wsiadła. Notabene na takiej tam kilkopasmówce. Nie wiem dokładnie ilu, bo tak to już u nas w Chinach jest, że na niektórych drogach jeździ się jak chce.
Nie mam pojęcia skąd kierowca wiedział, że jestem z NYU (okej, zapewne dlatego, że jestem biała i stałam na przejściu), ale to absolutnie rozjaśniło mi dzień. Szczególnie, że oni nigdy tego nie robią, bo ich ścisłe regulacje zakazują chociażby wziąć nawet jedną osobę ponad liczbę siedzeń w autobusie. Nawet za staniem w PKSie można zatęsknić!

Oto widok z mojego balkonu oraz selfie z jogi, żeby post był jeszcze bardziej przypadkowy. Musiałam się podzielić moim uniesieniem spowodowanym jabłkiem, dobrze? :) Pozostałe wpisy na temat Tajlandii się piszą, a tymczasem trzymajcie kciuki za moje przetrwanie.

czwartek, 8 października 2015

Lokalne plemię

Lokalny przewodnik z Chiang Mai, którego wynajęliśmy, by nas zawiózł w góry, kompletnie nas zaskoczył. Okazało się, że był członkiem plemienia z północy Tajlandii - właśnie tam, gdzie zmierzaliśmy, pod granicę z Burmą. Dzięki temu mieliśmy zaszczyt spędzić noc z rodziną plemienia Karen, jego "kuzynami," jak członkowie plemienia nazywają się nawzajem. Ze względu na barierę językową mogliśmy rozmawiać tylko z nim, ale dobroć i życzliwość tych ludzi wyrażała więcej niż jakiekolwiek słowa. Ugotowali nam własnoręcznie uprawiany brązowy ryż oraz przepyszne danie kokosowe z batatami (nawet wegańskie specjalnie dla mnie!), a ojciec rodziny zaserwował nam lokalną whisky zmieszaną z gorącą wodą na trawienie. Jeden mężczyzna nawet zrobił dla nas kubki i pałeczki z bambusa przy użyciu maczety. Zasnęliśmy po zachodzie słońca, wprost na drewnianej podłodze tak jak oni, a wstaliśmy wraz z kogutami. Okazało się, że można tak po prostu nie mieć w domu bieżącej wody, toalety, łóżka czy tam ścian. Nie potrafię nawet wyrazić jak bardzo jestem wdzięczna za to, czego się nauczyłam o nich, o religii animistycznej i o życiu - tak bardzo innym od mojego.

środa, 7 października 2015

Przez dżunglę

Głównym celem naszej podróży do Tajlandii była piesza wyprawa po dżungli. Za bardzo tęsknię za Szwajcarią, by uznać ten górski rozdział mojego życia za zamknięty. Wylądowaliśmy w Bangkoku i po paru dniach zgłębiania jego zakamarków ruszyliśmy w drogę na północ kraju.
 Twarzą w twarz z Burmą
Dotknęłam palmy Z BANANAMI, czuję się spełniona
 Lunch jedliśmy w przydrożnym barze w kompletnym pustkowiu. Zgromadzeni byli wszyscy mężczyźni z promienia x kilometrów. Jadłam smażony ryż z warzywami po tajsku i zupę z tofu, a pozostali mieli te same dania z kurczakiem.
 Na deser lokalnie zebrany PASSIONFRUIT!

 Palmy i pola tabaki. Przechodziliśmy też między innymi przez pola ryżu, orzechów ziemnych, kapusty, bazylii.
 Wiele razy musieliśmy przechodzić przez rzeki - szczególnie często i ostro w ostatni dzień.
 U kresu przeprawy przez tunel długi na kilkaset metrów. Szliśmy w rwącej wodzie i po śliskich kamieniach (jak zwykle...), trzymając się ścian groty i oświetlając sobie drogę płonącymi pochodniami. Kiedy oświetliliśmy sufit groty, był on wysoki na kilkanaście metrów i kompletnie pokryty nietoperzami, które natychmiast poderwały się w reakcji na światło.
 Tropikalne lasy deszczowe
 Wreszcie dotarliśmy do mety. Wcześniej zorganizowany samochód już na nas czekał. Teraz zostało nam jeszcze tylko 5 godzin do Chiang Mai, skąd następnie wzięliśmy dziesięciogodzinny nocny autobus do Bangkoku.
Jeśli mogliśmy przeprawić się przez tajskie góry, rwące rzeki, groty, lasy deszczowe i dżungle w upalnym klimacie zwrotnikowym podczas pory monsunowej, to czuliśmy się jakbyśmy mogli zrobić wszystko.