niedziela, 29 marca 2015

Chiński szpital

Niestety miałam ostatnio mały przerywnik w chińskim szpitalu.
Ni z gruszki ni z pietruszki, w czwartkową noc dopadły mnie wszystkie objawy ostrego zatrucia pokarmowego. Mimo tego chciałam być bohaterką i poszłam na zajęcia następnego dnia, ale w środku wykładu musiałam z niego wyjść. Kolega namówił mnie do odpuszczenia sobie następnych zajęć, co też musiałam zrobić, bo nie byłam w stanie chodzić. Przejście z uczelni do internatu zajęło mi nie 10 minut, ale 3 godziny.
W nocy wylądowałam w szpitalu, bo od ponad doby nie byłam w stanie nic jeść ani pić przy oddawaniu całych zapasów mojego organizmu. Na szczęście kroplówka i dożylne antybiotyki pomogły. Nie było to zatrucie, ale jakiś wirus z bakterią.
Następnego dnia nadal nie mogłam się ruszać, ale byłam wśród żywych :) Dobrze wiedzieć, że nie byłam sama.
To wszystko dało mi do zrozumienia, że mój organizm zwyczajnie nie jest w pełni przystosowany do Chin. Jedzenie różni się o wiele bardziej, niż mogłoby się wydawać, różni się flora bakteryjna, woda i powietrze. Ludzi jest ogrom, a ja dużo podróżuję ściśniętym metrem. Stale uczę się, co mi tu nie służy, chociaż nigdy nie będę mieć stuprocentowej pewności.
Powodzenia dla mnie na jutrzejszym egzaminie. Fajnie, że mogłam się jakkolwiek skoncentrować...

sobota, 21 marca 2015

Miesiąc z życia Aleks

Pomyślałam sobie nieśmiało, że może jeszcze o mnie pamiętacie, zatem jestem! Tym razem daruję sobie preambułę na temat częstszego pisania.

Ostatni miesiąc był dość skomplikowany i jakiś przyciężkawy. Nawiasem mówiąc, mogę to z powodzeniem udowodnić faktem, że statystycznie moim najczęstszym posiłkiem są - dosłownie, na przykład teraz - surowe płatki owsiane. I gruszki. Zdarza mi się nawet jeść instant noodles na surowo, bez wody. A w kółko słucham "Wonderwall" Oasis, ścieżki dźwiękowej z Flinstonów i latynoskiego elektro. Wyraźnie potrzebuję pomocy. Lecz w każdym razie zadaję sobie wiele, zapewne zbyt wiele pytań o przyszłość, gdzie chcę być, co robić. Międzynarodowe studia na końcu świata to wielkie błogosławieństwo i za nic bym się nie zamieniła, ale nie da się ukryć, że chyba każdy byłby odrobinę zdezorientowany, że tak powiem, w moich butach (ang. to step in sb's shoes - na czyimś miejscu; dosł. wejść w czyjeś buty).
Znalazłam się w takim momencie, gdzie zastanawiam się chociażby jaki skończyć kierunek studiów, gdzie pojechać na study away, co zrobić z wakacjami, i wreszcie, co po studiach. Powiedzmy sobie szczerze, że gdybym ja osobiście została w Rzeszowie, na pytanie "jaki skończyć kierunek" odpowiedziałabym: dokładnie, ten, który zaczęłam, jak każdy, proste i logiczne, bo tak się przecież zawsze robi. Study away brałabym takie, jakie tylko można, ale zapewne niestety nie byłoby można. Na wakacjach... pewnie nic, tak jak inni, może jakaś dorywcza praca (tylko pracy nie ma, no to nie) albo tydzień w górach. (Staż? Po cóż znowu, dziewczyno?). Natomiast po studiach znalazłabym jakąś pracę, i byłoby bardzo normalnie.
Być może moje wątpliwości wydają się śmieszne, bo życie jest idealne, mając cały świat w zasięgu ręki. I jest. Jasne, że jest. Tylko tak się składa, że homo sapiens ze zbieractwa i myślistwa przeszedł na rolnictwo już sześć tysięcy lat temu. Choć nie mam nic przeciwko bycia koczownikiem, fajnie byłoby jednak mieć jakąś gospodę rolną tak na zaś.
Mam tylko nadzieję, że moje eufemiczne wywody robią sens.(ang. to make sens - mieć sens, być zrozumiałym; dosł. robić sens).
Poza tym w ramach Chińskiego Nowego Roku wraz ze znajomymi pojechałam do Hangzhou, o czym będzie następny post, a za dziesięć dni... będę w Pekinie. Tak jest, trzeba zdobyć ten Chiński Mur. Cały czas się uczę, pracuję, praktykuję w Konsulacie, i uwaga, zostałam Prezydentem IAG - Shanghai Investment Analysis Group.
Proszę, nie obrażajcie się na mnie, że czasem nie ogarniam nowych postów. Ale musicie wiedzieć, że za każdym razem, gdy czytam taki naszpikowany pozytywną energią komentarz, uśmiecham się od ucha do ucha. Bardzo jestem za nie wdzięczna.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Tęsknię

Tęsknię za Szwajcarią.


  Bardzo. Tak bardzo chciałabym znów codziennie otwierać okno na Alpy. W ogóle otwierać okno, bo tu w Szanghaju prędzej przestałabym oddychać. Chciałabym wyjść na zewnątrz i zachłysnąć się górskim powietrzem, słońcem, przestrzenią, wolnością, pięknem. Wspiąć się na górę, pójść pobiegać w jedną z tras, których opcje się nie kończą, przespacerować się wśród lasów, zamoczyć stopy w niebieskim jeziorze, napić się Rivelli, posiedzieć i pośmiać się na Platzu z przyjaciółmi, a potem jeszcze raz zachłysnąć się alpejskim pięknem. Pojeździć na nartach. Niczego więcej mi teraz nie potrzeba. Tak wiele bym oddała za choć tydzień w Hasliberg Goldern. W domu.
  Pewnie, że jestem szczęśliwa tu w Chinach. Nie da się nawet opisać, jak bardzo. Szanghaj to spełnienie moich marzeń. Ale cholera, tęsknię za naturą, przestrzenią, za Szwajcarią. Gdzie cały kraj ma 8 milionów mieszkańców, a nie 24 w jednym mieście. Wszystko, co tu mam, to wielkie miasto, które choć kocham do granic możliwości, jest tylko wielką betonową dżunglą.
  Mówiąc krótko, popadłam ze skrajności w skrajność. Spędziłam dwa, powiedziałabym najważniejsze lata swojego życia w istnym raju na ziemi, gdzie populacja równała się kilkunastu osobom na kilometr kwadratowy. Teraz jestem w jednym z najludniejszych miast gigantów świata, w którym jestem przedstawicielką maleńkiego odsetka tych "innych," nie Azjatów, zatem idąc gdziekolwiek przyciągam - dosłownie - miliony ciekawskich spojrzeń. I mogę uwielbiać Szanghaj takim, jakim jest, ale jestem żywym człowiekiem ze wspomnieniami i uczuciami i tak ogromna zmiana nagła jak za pstryknięciem palców nie zmieni tego, kim jestem.