środa, 26 listopada 2014

No to lecim do Korei

 Kolejny dzień w Szanghaju. W codzienności tkwi największe piękno.
Ja tymczasem zaczynam dzisiaj długi weekend. Ze względu na amerykańskie Święto Dziękczynienia, mamy wolne aż do poniedziałku, w związku z czym wybieram się... do Korei!
Taki tam wyskok na weekend do Seulu.
Szczerze mówiąc nie mam słów na to, jak się z tym czuję. Coś niesamowitego. Pewnie zanudzam Was tym stwierdzeniem, które cały czas powtarzam, ale wtedy uświadamiam sobie, że tak po prostu jest. :)
Jak to się stało? Ja i moje koleżanki: inna Polka, Kazaszka i Rosjanka, zarezerwowałyśmy sobie bilety lotnicze, hostel... i tyle. Przerwy takie jak ta są idealne do podróży poza miasto i uważam, że takich okazji marnować nie można. Zwłaszcza, że jestem i mieszkam W AZJI. Przy czym tak, jak zawsze staram się wydawać jak najmniej pieniędzy, akurat na podróżach nie mam zamiaru przesadnie oszczędzać. Nie mówiąc o tym, że nie jest to jakaś droga inwestycja.
Życzcie mi powodzenia. Mamy zamiar się wybrać do strefy granicznej z Koreą Północną, więc mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy <3


poniedziałek, 24 listopada 2014

Moje Thanksgiving

Nimen hao, cześć wszystkim!
Dzięki za przypomnienie mi o pisaniu. Życie studenckie jest bardzo zabiegane, już nie mówiąc o życiu studentki NYU. Ciągle się uczę, a gdy tylko znajdę moment na przyjemności, od razu zasuwam do miasta, które wciąga jak narkotyk. Życie w dwudziestoczteromilionowym kolosie ma do zaoferowania tak wiele, że ma mowy, abym przegapiła choć najmniejszą okazję do poznania każdej z tych atrakcji. To natomiast nie jest zbyt trudne, ponieważ dla dziewczyny takiej jak ja nawet najdrobniejsze, najbardziej podstawowe czynności takie jak wyjście do supermarketu i spacer nową ulicą powodują zachwyt. Chiny to dla mnie, mówiąc wprost, inny świat, mimo że z drugiej strony życie jest zupełnie takie samo, jak gdziekolwiek indziej.
W tym natłoku wkładania łopatą do głowy chińskich znaków, jak i codziennych wrażeń, warto się jednak zatrzymać, żeby się nad sobą zastanowić. Ja na przykład często myślę o ludziach, za których jestem wdzięczna. Tak samo jak wspomnieniach, możliwościach i rzeczach. Jestem za to wszystko tak niewyobrażalnie wdzięczna, że mózg się przegrzewa.
Tak się składa, że za trzy dni Stany Zjednoczone obchodzą Thanksgiving, więc to wspaniała okazja do refleksji przy okazji nadrabiania zaległości w pisaniu :) Każdy z nas mógłby wymienić tysiąc powodów do zadowolenia z ostatnich tygodni. Oto moja lista.

Obchodziłam Halloween w prawdziwie wybornym stylu.
Kilka razy zaczęłam kwestionować cel i sens ludzkiej egzystencji, mając problemy z oddychaniem. (A zeszłej zimy czynnik AQI wzrósł do 500. Co w Pekinie jest normą.)
Zostałam należytym rezydentem Chin, kupiwszy parę rzeczy w śmiesznych cenach na Taobao, genialnym gigantycznym sklepie internetowym w stylu Allegro.
Poznałam kilka w rzeczy samej osobliwych smaków takich jak wczorajszej mlecznej zielonej herbaty z ryżem i fasolą w środku na gorąco, bądź też mrożonej solonej kawy, na co mam dowód rzeczowy.

Pobiegłam w wyścigu drużynowym Runnershai na 8 km przez miasto w dzień choć piękny i słoneczny, ale w troszkę zanieczyszczonym powietrzu. Jak nigdy doceniłam coś tak podstawowego, jak powietrze. Zobaczyłam też wyjątkowo urokliwy kawał miasta i świetnie się bawiłam z trzema sophomores, z którymi inaczej nie miałabym okazji się poznać.

Zobaczyłam kilka czystych dzieł sztuki, na przykład te kaktusy... BABECZKI.
Przepiękny chleb z zieloną herbatą matcha i czerwoną fasolą na słodko. Alternatywnie z szwajcarską czekoladą i czerwonym winem.
 Zaparło mi dech na słodki zapach i kolor świeżych tęczowych róż w kwiaciarni.
Wzięłam udział w wolontariacie dla Shanghai Healing Home, sierocińcu dla dzieci niepełnosprawnych i z problemami zdrowotnymi. Wiele mi to pokazało.
Poza tym jesteśmy po prostu too cool for school yo!

Pozdrawiam serdecznie :)

czwartek, 30 października 2014

Vintage Szanghaj

Do tej pory wiele razy mówiłam o tym, jak bardzo lubię odwiedzać różne atrakcje miasta takie jak choćby Bund, People's Square czy Ogrody Yu... ale będąc w tak ogromnym i różnorodnym mieście jak Szanghaj po prostu nie da się wybrać tego jedynego. Jednym z najfajniejszych aspektów mieszkania w Szanghaju jest właśnie to, że każde miejsce, które odwiedzisz, stwierdzić, jest twoim nowym ulubionym i przemawia do ciebie najbardziej. W sobotę wraz z całkiem sporą studentów odkryłam jedno z nich.

Duolun Road (多伦路) to jedno z najbardziej romantycznych miejsc, jakie do tej pory miałam okazję odkryć. Ta historyczna ulica reprezentuje dwudziestowieczną architekturę i gromadzi byłe rezydencje multum sławnych pisarzy, poetów, artystów oraz liderów politycznych i militarnych, dzięki czemu ma sławę tętniącego życiem centrum literatury i myśli. Na jej wygląd miała wpływ zarówno wojna sino-japońska z 1943, jak i chociażby brytyjskie misjonarstwo, dzięki czemu architektura jest wyjątkową mieszanką azjatyckiej, chińskiej i nie tylko, z zachodnią. Ponieważ zagłębiliśmy się też w pobliskie retro ulice i aleje, byłam zdumiona różnorodnością zaklętą na stosunkowo małym obszarze. Dzięki temu, że byli między nami studenci pochodzący z miasta, i to bardzo dobrze zapoznani z tą jego częścią, po zmroku zagłębiliśmy się też w maleńkie uliczki mieszkalne, co byłoby chyba przerażające w pojedynkę. Szanghaj jest jednak paradoksalnie jednym z najbezpieczniejszych miast świata. Amerykanie żartowali, że na takiej dzielni w USA bylibyśmy już gone. Co więcej, był z nami kolega który o historii wie chyba wszystko, więc nie dość, że dobrze się bawiłam, to jeszcze wiele dowiedziałam o Chinach i swoim mieście.
Na koniec zjedliśmy w restauracji xiaolongbao, pierogi z wołowiną i zupą w środku, które kosztowały... 4 złote. Było ich sześć i były pyszne! Szkoda, że na co dzień mieszkamy w dzielnicy bankowej, gdzie wszystko jest znacznie droższe i nic się nie dzieje.
To był świetny dzień :)