czwartek, 23 października 2014

Owoce, miłości moja

你好,
现在我的中文不错。I właściwie mogłabym chyba cały post napisać po chińsku, ale to pewnie nie najlepszy pomysł. Ilość chińskiego, jaką mój uniwersytet gwarantuje jak w banku, nie przestaje mnie zdumiewać. Ale to dobrze :)

Zauważyłam, że moja częstotliwość pisania notorycznie się zmienia, ale co mi tam. Mam coś fajnego do pokazania, a mianowicie OWOCE! To zawsze była moja największa miłość, więc różnorodność dostępna w Państwie Środka powoduje, że oczy mi się tylko świecą, i muszę spróbować wszystkich! Tu na zdjęciu mam na przykład:
- granat. Coś pięknego. Pyszności. Następnym razem koniecznie pokażę go od środka
- czerwone maleńkie coś, co ma teksturę jabłka, z tym że z twardszą i bardziej szorstką łupinką, a w środku jest jak jabłko rozpływające się w ustach. W smaku plasuje się pomiędzy jabłkiem a cytryną, a pestki także ma jak cytryna
- spłaszczony, bardziej kwadratowy persimon
- jabłko - gruszka azjatycka
- maleńkie mandarynki! Zbliżenie na zdjęciu poniżej
- gruszka azjatycka
- inny rodzaj gruszko - jabłka azjatyckiego. Mają tutaj naprawdę wiele rodzajów gruszek
- żółta mandarynka
- miniaturowe jabłko - śliwki, o których już pisałam; czerwone i zielona
- zielona mandarynka.
Brakuje tutaj głównie persimona i czerwonych mini bananów, jak i pewnie innych starfruitów i liczi. Wtedy obraz szczęścia byłby kompletny.

Najlepsze jest to, że żaden z nich nie jest dostępny w Polsce. <3

środa, 22 października 2014

Przyjemności i obowiązki


Dodając te zdjęcia doszłam do wniosku, że wszystko byłoby piękne, gdybym tylko miała więcej czasu dla siebie i znajomych. Te fotografie zostały na przykład zrobione dwa tygodnie temu i od tego momentu znalazłam tylko jedną okazję, by spędzić choć krótki, ale jakikolwiek czas z ludźmi. Przykładowo, chociaż mam bardzo regularne nawyki nauki i wypełniania wszystkich obowiązków, w zeszłą niedzielę spędziłam 10 (słownie: dziesięć) godzin na samym chińskim. I to już po odjęciu kolejnych dwóch, które, no powiedzmy, zostały przeze mnie przeznaczone na jedzenie (też nad książką) i przemieszczenie się do o kilka pięter do pracowni komputerowej. Dodam, że chiński nie jest nawet moim kierunkiem studiów i mam niestety ogrom pracy na każdy przedmiot. Już nie wspomnę o moim planie zajęć w ciągu tygodnia, w który ponadto wlicza się i praca.
Jednak nie narzekam. Uwielbiam to, gdzie jestem, z kim i co robię pomimo tego, że nawet na zrobienie prania nie mam za bardzo czasu. Ostatnio mam bowiem midtermy z dosłownie wszystkiego. Ale piszę post, bo postanowiłam sobie mocno, że na to zawsze znajdę chwilę, gdyż w końcu zapisuję wspomnienia na wiele lat :) Proszę, żeby tylko sesja się już skończyła!


Póki co cieszę oko zdjęciami i przypominam sobie, że może i poza górą podręczników, ale przyjaciele tam nadal są :) Wniosek, jaki chciałam na wysunąć na sam koniec jest taki, że jestem... na studiach. Często słyszę od znajomych, że mi zazdroszczą przygody (której ja sama sobie zazdroszczę!), ale studia zagranicą to znacznie więcej, niż takie życiowe szaleństwo. To też przyśpieszony kurs dorosłości i ilość obowiązków, jaka do tej pory mogła się nam nawet nie wydawać możliwa. Mimo to choć wiem, że wybrałam sobie trudne studia, i pod względem nauki i każdym innym, po prostu nie zamieniłabym ich na inne. Mimo wszystko, jednak wydarzenie ze zdjęć się kiedyś odbyło!


czwartek, 16 października 2014

Ambasador

Cześć kochani,
Piszę z powrotem z tą co zwykle promieniejącą radością nutą. Ostatni post był małym przerywnikiem, ale tak czasami niestety bywa. Muszę Wam przede wszystkim podziękować za tak fantastyczne komentarze, które są dla mnie ogromnie motywujące i powodują szeroki uśmiech na buzi. Jestem niezmiernie wdzięczna za to, że mam takie wsparcie nawet, jeśli coś nie jest wporządku.
Teraz mam natomiast tyle zaległości, że chociaż diabelnie mam ochotę rozgadać się o Indiach, wracam myślami do zeszłego tygodnia, bo jest on według mnie warty uwagi. Bowiem ten ostatni tydzień obfitował w kilka wyjątkowych wydarzeń akademickich, które miały dla mnie osobiście szczególne znaczenie.
Zacznę od pierwszego z nich, a mianowicie wizyty Ambasadora USA do Chin. Max Baucus został nominowany na to stanowisko przez Prezydenta Obamę w styczniu obecnego roku. Szczerze mówiąc byłam maksymalnie podekscytowana na jego wystąpienie dla NYU Shanghai, bo właśnie taką przyszłość sobie wymarzyłam. Chociaż w żadnym wypadku nie będę zamykać sobie drzwi do całego spektrum innych możliwości, ale z pewnością widzę się w dyplomacji. Zostanie samym ambasadorem jest rzecz jasna snem ponad snem, ale ja byłabym niebiańsko szczęśliwa, gdybym mogła dostać stanowisko po prostu pracownika placówki dyplomatycznej gdzieś na świecie. Ach, teraz to się rozmarzyłam.
Wracając do Baucusa, było to spore wydarzenie, bo bilety na wystąpienie były limitowane. Mnie udało się być jednym z tych wylosowanych szczęśliwców. Mimo, że nie byłam pod zbytnim wrażeniem jego przemowy, a już w ogóle odpowiedzi tylko na najoczywistsze pytania z możliwych, im dłużej go słuchałam, tym bardziej byłam urzeczona.




Widzę siebie na pierwszym planie :) Obok mnie siedzi Kevin, świetny facet Brooklinu w NYC

Jakby mało mi było wrażeń, w kilka dni później wysłuchałam przemowy federalnego prokuratora dla Departamentu Sprawiedliwości w rządzie Stanów Zjednoczonych. Steve Kwok zrobił na mnie wrażenie swoją pasją do tego co robi jak i szeroką wiedzą i pozytywnym usposobieniem, ale przekonałam się tylko, że podjęłam dobrą decyzję stwierdziwszy, że prawo jednak nie jest dla mnie (o czym byłam przekonana jeszcze parę lat temu).
Dodam jeszcze, że takich wykładów i wystąpień jest u nas całe mnóstwo. Co tydzień dostaję emaile z planem, kto nas odwiedza. W przeróżnych dziedzinach.
Muszę lecieć na spotkanie DSS, programu wolontariatu! Do napisania wkrótce, mam nadzieję :)