czwartek, 2 października 2014

Galeria sztuki nowoczesnej

Od ostatniego postu minął zaledwie tydzień z kawałkiem, ale czuję jakbym miała ogromne zaległości w zapisywaniu wspomnień. I o tak wielu rzeczach chciałabym napisać, ale nie mogę tego zrobić bez relacji od początku #firstworldproblems. Wniosek z tego jest taki, że nie mogę więcej przegapić na blogu nawet tygodnia.
Zatem zacznę od tego, że Szanghaj stale zdumiewa mnie nieskończonym bogactwem kultury. I naprawdę mam to na myśli. W ostatnich dniach próbuję (Jezu Chryste, właśnie napisałam "próbuję" przed u otwarte...) wyszukać najciekawszych must-see w mieście, ale zdałam sobie sprawę, że nie wystarczy mi całych studiów, by zaliczyć wszystkie niesamowite miejsca. Ba, nie wystarczy mi na to życia!
W zeszłą sobotę z niedużą grupą mieszkańców mojego fotograficznego piętra w hotelu wyruszyliśmy do Power Station of Art, galerii sztuki nowoczesnej. Zaplanowaliśmy zobaczyć wystawę światowej sławy artysty Cai Guo-Qiang o tytule The Ninth Wave. Urodzony w Chinach, artysta ten rozwijał swój talent w Nowym Jorku oraz Japonii i tam też rozkwitała jego kariera. Sama wystawa była jego pierwszą w ojczystych Chinach i dotyczyła problemów środowiska.
Była ona po prostu nie z tej ziemii. Miałam na przykład szansę zobaczyć co by się stało, gdyby ludzie wymarli i szanghajski Bund został opanowany przez zwierzęta. Niezłe wrażenie zrobił na mnie ogromny wrak statku, autentyczny 1:1, opanowany przez wszelakie zwierzęta niczym arka Noego. Widziałam nagrania z jego wystrzałów przepięknych konstelacji kolorowych i czarnych bomb i innych materiałów wybuchowych wprost w niebo na całym świecie - od Szanghaju, przez Florencję po sam Waszyngton. Ciekawy był film o traktowaniu arabskich koni przez luksusowe kompleksy, pokazywany w namiocie. Ale chyba najbardziej zdumiewające były wielkie obrazy misternie wykonane z porcelany na której następnie wystrzelono proszek z broni palnej. Oczywiście, nie mogę też zapomnieć o jeziorze z wapnia, drutów i atramentu, a także o fali 99 wilków biegnących w szale prosto w powietrze tylko po to, by uderzyć w szkło i powrócić na początek. Wszystkie te ekspozycje są naprawdę warte obejrzenia, a każda z nich jest szokującą metaforą katastrofy środowiska naturalnego.
Po wystawie Cai Guo-Qiang poszliśmy Yang's Dumplings, absolutnie najlepsze danie na świecie. Są to chińskie pierogi, które oczywiście są diametralnie inne w smaku i wyglądzie od polskich. Smażone od spodu i posypane sezamem, mają w środku wołowinę i zupę. To die for.
Dzień zaliczam do bardzo udanych. :)
I uwaga, najfantastyczniejsze zdjęcie świata:

wtorek, 23 września 2014

Tropikalny sztorm i herbata kaszana

Siedzę sobie właśnie nad księgą chińskiego, wcinam prażone pestki melona i ciastka o smaku fasoli guangyuan mung, a za oknem hula tropikalny sztorm. Ostrzegano nas przed tą burzą, więc spodziewałam się czegoś bardziej ekscytującego - chociaż połamanych drzew i przypadkowych przedmiotów latających po ulicach - ale się zawiodłam. Jest po prostu szaro, deszczowo i wietrznie. Co jednak bardzo mnie zaskakuje to utrzymująca się letnia temperatura. Dzisiaj na przykład jest 24 stopnie, ale w porównaniu z ostatnimi tygodniami jest chłodno. Mimo to po dzisiejszej rozmowie z rodziną poczułam się samolubnie usatysfakcjonowana, słysząc że w Polsce jest zaledwie 8 stopni. ;)
Co do moich przekąsek, to naprawdę nic takiego w porównaniu z tymi wszystkimi dziwnymi zakonserwowanymi kawałkami mięsa na przykład kaczki czy kraba, słodzonymi ogórkowymi laysami albo napojem sojowo-herbacianym z płatków owsianych o smaku żółtego sera cheddar. Naprawdę. O, chociażby kilka dni temu piłam herbatę, która pachniała przepięknie, ale wiedziałam, że było z nią coś nie tak - torebka nie była wypełniona niczym podobnym do herbaty, a teksturę miało to twardą i kulistą... Po wypiciu tego przepysznego napoju rozerwałam więc torebkę... i tylko na chwilę znieruchomiałam. Była to po prostu kasza. Cała herbata została zatem przeze mnie skonsumowana, włącznie z samą "herbatą."
No właśnie, wczoraj widziałam w sklepie też herbatę z brązowego ryżu i nie ma szans, żebym się w nią nie zaopatrzyła w najbliższej przyszłości.
Chiny zmieniają człowieka.
Tak na marginesie, nie wiecie nawet jak bardzo zjadłabym chleb z masłem. O, jeszcze biały ser. I normalny jogurt. O Boże, nie tylko przywiozę do Polski całą walizkę chińskiego najdziwniejszego jedzenia, ale i całą 23-kilogramową walizkę polskiego jedzenia w celu przetrwania kolejnego semestru!

Metro

niedziela, 21 września 2014

Randka w Hiltonie


Tytuł mówi sam za siebie.

Po pracowitym tygodniu pełnym nauki i zadań domowych umówiłam się z Amy, studentką drugiego roku z Pekinu, na romantyczne sobotnie popołudnie. ;) Pisałam o niej w postach z weekendu przyjętych studentów w kwietniu kiedy to miałam okazję odwiedzić Chiny po raz pierwszy. Od razu wiedziałyśmy, że się zaprzyjaźnimy, i tak też jest. Amy to świetna kumpela z którą mogę tańczyć i śmiać się do rana, ale i pogadać o wszystkich problemach. Dlatego w sobotę udało nam się znaleźć czas tylko dla siebie, ale to naprawdę nie byle jaki. Pojechałyśmy na taką tam casual afternoon tea w szanghajskim hotelu Hilton.

Nasze uniwersyteckie motto zatem w ogóle powinno brzmieć "study & party hard," bo dokładnie tak jest bez dwóch zdań. Piątkową noc spędziłam w Puxi i Tianzifang i bawiłam się (bo jakby inaczej?) zajebiście. Dzisiaj spędzam więc cały dzień na nauce. Nagrałam już wideo na chiński z Konstim, kumplem z Niemiec. Musimy nagrywać nasze mówienie co tydzień, tak jakby profesorka nie rozmawiała z nami przez 100% lekcji.
I czuje się z tym dokładnie tak samo.
Zajebiście.